Przejdź do głównej zawartości

Miłość ze smartfona: Druga randka

Łatwo jest iść na randkę. No dobra, może nie aż tak łatwo, ale też nie aż tak trudno jakby się mogło wydawać. Niektórzy mają jaja i nie boją się zaproponować spotkania. Ja nie mam i się boję, więc szanuję tym bardziej. Ale dla tych mniej odważnych są szybkie randki ze small talkiem po 3 minuty na łebka, albo wyjścia grupowe z zaprzyjaźnionymi parami. Może nie jest to schadzka sensu stricte, ale jednak jakiś ruch w tej materii się robi. Jednak zdecydowanie trudniejsza jest randka numer dwa.

***

Pierwsza randka to zawsze niewiadoma. Rozbiera człowiek na czynniki pierwsze to gdzie pójdziemy i jak to logistycznie ogarnąć. Bo jak do knajpki to szpilki mogą być, ale jak później będzie spacer to nogi odpadną. Jak buty na płaskiej podeszwie to odpada sukienka. Bluzka z dekoltem czy bez? Jasna czy ciemna? Czy czerwona szminka trąci desperacją czy jeszcze wpisuje się w klasykę? Tyle pytań, tak mało czasu, a i tak nie ma się w co ubrać. 

Potem boli brzuch, bo jednak chce się dobrze wypaść, nawet jeśli po spotkaniu podamy sobie ręce i każde pójdzie w swoją stronę. Bo może przecież zdarzyć się tak, że nie odetchniemy z ulgą, ale pozostanie w nas uczucie niedosytu i nastąpi spotkanie numer dwa.

A to jest już trudniejsze. Tak samo jak spotkanie trzecie, czwarte i piąte – te na których ważą się losy całego dalszego ciągu. 

Najłatwiej jest chyba w sytuacji, kiedy żadna ze stron nie ma żadnych oczekiwań. Spędzają miło czas, przekomarzają się i lekko zahaczają o ciut poważniejsze tematy, takie jak wyższość kuchni meksykańskiej nad tajską, albo czy warto iść na „Teściów” do kina. Łapią się smsem, ale dają sobie przestrzeń na to, by wszystko szło swoim tempem.

Trudniej jest wtedy, kiedy każde biegnie innym torem: na jednym dziewczyna pędzi sprintem do mety zwanej związkiem, a na drugim chłopak podąża leciutkim truchcikiem. Albo odwrotnie: on już by ją chciał zgarnąć dla siebie, a ona zastanawia się czy w ogóle w to brnąć. Im bardziej jedno naciska, tym bardziej drugie zamyka się w sobie. Romantyczny gest staje się atakiem na wolność, luźna uwaga zdaje się być naszpikowana podtekstami. Jedyną receptą na taki stan rzeczy jest zwolnienie obrotów i uzbrojenie się w cierpliwość. Może z czasem kroki się zrównają i znów będzie można maszerować w zgranym rytmie.

Jeszcze inna jest sytuacja, kiedy dwojgu ludzi właściwie nie jest po drodze. Byli na jednym spotkaniu, drugim, z rozpędu umówili się na trzecie, ale sami nie wiedzą po co. Rozmowa klei się średnio, humor nie błyszczy. Każdemu z osobna wydaje się, że wieczór z najnowszym Mrozem jest o wiele bardziej ponętną alternatywą, ale nie mają odwagi wypowiedzieć tego na głos. I albo któreś zbierze się w sobie, albo z przyzwyczajenia spędzą ze sobą całe życie, stając się stereotypową parą zgorzknialców.

Najtrudniej jest jednak wtedy, gdy dopada nas klęska urodzaju i przestajemy się wyrabiać z randkowaniem. Była posucha, ale spadł deszcz i teraz, niczym grzyby w leśnej ściółce, pojawiają się propozycje kina, kawy i spacerów. Samoocena szybuje w przestworza, a na ziemię ściąga proza życia: nie da się przecież randkować ze wszystkimi. Dla kogoś to drugie, trzecie, piąte rendez vous okaże się ostatnim.

***

Czasem jedna strona nie chce zranić drugiej i kontynuuje spotkania, czasem górę bierze ciekawość albo głód zainteresowania. Każdy człowiek jest inny, niesie inny plecak życiowych doświadczeń i ma zupełnie inne oczekiwania. Bardzo rzadko zdarza się tak, że wizje dwóch światów są ze sobą kompatybilne. Dlatego warto rozmawiać.

Bo co to znaczy, że oboje marzycie o domku z ogródkiem? Czy chodzi o sielski domeczek, z białym płotkiem i malwami pnącymi się wesoło przy ganku, czy raczej o nowoczesną willę w stylu szkło i chrom z 3-metrowym murem odgradzającym od wzroku pospólstwa? Albo dzieci w związku – oboje chcą. Z tym, że dziewczynie marzy się jedna słodka dziewuszka, a chłopakowi drużyna piłkarska. Łącznie z ławką rezerwowych. A przecież to dopiero wierzchołek góry lodowej. 

Może więc warto zacząć od definicji? Nie tylko w sprawach wielkiej wagi, ale też tych lżejszych, pozornie bez znaczenia. 

***

Początkowe randki to czas trzymania za rękę i czułych słówek, ale też delikatnego przesuwania granic i sprawdzania, czy coś nas łączy. Nie ma miejsca na wieczystą przysięgę, ani wspólną deklarację w urzędzie skarbowym. To ten wysoki próg, który dzieli znaną przestrzeń tego co było, od kompletnej niewiadomej. Można się na nim pobujać, ale nie da się spędzić tak życia. W pewnym momencie nieuchronnie trzeba zdecydować się na jedną z dwóch opcji: bezpieczny świat mojego Ja lub nieznany kosmos My. 

Randki to w ogóle fajna przestrzeń - tak, tak, przestrzeń. Nie chodzi tylko o to, żeby ubrać się ładnie i pogadać z drugim człowiekiem. To podstawowy wymiar takich spotkań. Jednak bardzo ważne jest też to co dzieje się w nas samych. Widzimy co denerwuje nas w potencjalnym partnerze, co przekracza nasze granice, gdzie jesteśmy sztywni, a w jakich kwestiach elastyczni. Możemy przyjrzeć się swoim reakcjom i odczuciom, a to prowadzi do pełniejszego poznania własnego wnętrza.

Związki najlepiej buduje się w chwili, kiedy obie strony są na tyle świadome siebie, że nie potrzebują przeglądać się w czyichś oczach. We dwoje jest łatwiej, ale da się też żyć w pojedynkę. Dopiero wtedy, kiedy człowiek uświadomi sobie, że jest całością i nie musi na siłę szukać dopełnienia, staje się gotowym do nawiązania relacji. A żeby się o tym przekonać warto dać sobie szansę.

***

Często na tych pierwszych randkach nie iskrzy. Przynajmniej nie tak, żeby skry sypały się filmową kaskadą. Jakaś nutka zainteresowania jest, ale po pierwszej randce łatwo się wycofać. To te kolejne spotkania i rozmowy budują bliskość. Dlatego nie ma się co spieszyć. Jeśli nie pójdzie się wspólnie na zachód słońca, nie poparzy ust grzańcem, nie wywali na łyżwach, to tak naprawdę jeszcze się nie zna. Trzeba poznać się w chwilach tryumfu i rozpaczy. Zobaczyć idealnego faceta w chwili śmiertelnego przeziębienia i zmierzyć się z ciężkim przypadkiem napięcia przedmiesiączkowego. Poczuć zapach potu i odrastające włoski na nogach. Posprzeczać się i przeprosić. Miłość wymaga czasu i próby. 

Tak sobie jednak myślę, że wsiąkając powoli w świat drugiej osoby, można zostawić sobie odrobinę niedopowiedzenia. 

I jakkolwiek lubię definicje, to czy randka musi koniecznie nazywać się randką? Czy spotkanie, którym przecież jest, nie może być spotkaniem? I czy po dwudziestu trzech nie-randkach nie można stwierdzić, że nie widzi się świata poza sobą? Nie takie rzeczy się zdarzały.

***

Tekst jest częścią serii Miłość ze smartfona. Poprzedni wpis znajdziecie TUTAJ

Fot. Kawai So / Unsplash


Komentarze

  1. I kolejny wpis, który moim skromnym zdaniem idealnie trafia w punkt. Podoba mi się w nim Twoje tempo narracji - niespieszne, niemalże leniwe, ale jest czas i miejsce na każdą uwagę, na poruszenie wielu, powiązanych z postem tematów. To, co piszesz, jest szczere i mądre - uwielbiam takie wpisy <3
    Pozdrawiam cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jej, ja muszę iść w końcu na obiecaną randkę z moim mężem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, brzmi jak poświęcenie ;) randki są fajne :)

      Usuń
  3. Ja się tak kiedyś zastanawiałam czy nie iść na takie szybkie randki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czemu nie? Jeśli Ci się nie spodoba to zawsze możesz wyjść :)

      Usuń
    2. a takie zawahanie miałam, fakt można sobie iść jak sie nie spodoba ale sama nie wiem...

      Usuń
    3. Zawsze to rozmowa z jakimś nowym człowiekiem. Możesz nikogo nie zaznaczyć i to też jest ok. A może poznasz tam kogoś interesującego? ;)

      Usuń
    4. miałam już tyle złych doświadczeń, że naprawdę bałabym się, jeszcze jak słucham podcastów o tym co to sie dzieje to już w ogóle nawet zadowolona jestem że "za moich czasów" jak sie spotykałam to aż o takich sytuacjach nie słyszałam ani nie doświadczyłam na szczeście.

      Usuń
    5. Nie wszyscy są źli. Ale nic na siłę - sama poczujesz czy jesteś gotowa na kolejny krok. Trzymam kciuki żebyś była szczęśliwa, niezależnie od tego co postanowisz :)

      Usuń
  4. Ciekawe, że piszesz o randkowaniu - ja czasami mam wrażenie, że ludzie zapominają o tej, że tak napiszę, formie przejściowej znajomości i zakładają, że jeśli się z kimś spotykasz na randkach to jesteście w związku. Albo czasami randkujący chcą zbyt szybko, no właśnie, zdefiniować swoją znajomość, gdy tak naprawdę są jeszcze na etapie poznawania siebie nawzajem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ogóle mam wrażenie, że mnóstwo ludzi się śpieszy niewiadomo gdzie i po co. Życie trwa, a niektórych rzeczy naprawdę nie warto przyspieszać, tylko cieszyć się tym co jest.

      Usuń
  5. Oj, ciesze się, że randkowanie mam za sobą, bo tylu wątpliwości i rozterek to żadna głowa nie wytrzyma...normalnie jeden wielki stres!
    jotka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No stres, ale taki fajny! Tak jak strach przy dobrym thrillerze ;)

      Usuń
  6. Nie byłem na randce chociaż bardzo chciałem, tak jakoś wyszło :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie mów nigdy - może znowu ktoś zawróci Ci w głowie :)

      Usuń
  7. Randki, spotkania, nieważne jak by to nie nazwać. Nie zawsze od początku iskrzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zawsze. Dlatego są "randki drugiej szansy". Trochę jak z naszymi piłkarzami: mecz otwarcia, mecz o wszystko... ;)

      Usuń
    2. Zawsze warto próbować drugi raz, może akurat wtedy coś zaiskrzy.

      Usuń
  8. Ja, że tak powiem nie mam jaj i w sensie dosłownym i przenośnym. Dlatego często zaczynałam miłość jak w tytule Twojego cyklu ze smartfona. Poznawałam ludzi przez internet i jak już dochodziło do spotkania, to prawdę powiedziawszy trochę się już znaliśmy i było łatwiej. Raz miałam nawet sytuację, że przed spotkaniem nastąpiło wyznanie miłości. Ach młodej duszy naiwność. Pewnie i miłość była ale nie na tyle silna przy przeżyć dzielącą nas odległość.
    Jedynie z mężem umówiłam się od razu. Co prawda też przez internet ale bez większego poznawania się pisemnie. Może to lepszy sposób, a może po prostu właściwa osoba :).
    Ps. Trampki i sukienka też się sprawdzają na randkach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, to jest w ogóle świetna sprawa, kiedy spotykasz właściwego człowieka i wszystko zaczyna się układać samo. Spotkania, rozmowy, trzymanie za rękę, pocałunki i cały dalszy ciąg. To tak jakby brakujący puzzel wskoczył na swoje miejsce :) ogromnie lubię takie historie o szczęśliwej miłości :)

      Usuń
  9. Jeśli ponętną alternatywą jest wieczór z Mrozem to komunikat jest jasny: uciekać! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo spławić w Chyłkowym stylu :p tylko to chyba niezbyt humanitarne... :p

      Usuń
  10. Ja etap randkowania mam dawno za sobą, więc nie wiem jakbym miała teraz spojrzeć na to "spotkanie" dwojga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale randki w związku też są fajne. Wiedzę o drugim człowieku trzeba sobie aktualizować na bieżąco ;)

      Usuń
    2. Niby tak, ale jak się z mężem pracuje, je obiad i cały dzień razem to wybrać się randkę to musi być "wyzwanie" chyba:)

      Usuń
    3. Fakt! Raczej by się przydała taka randka solo :D
      Z drugiej strony na randce nie można gadać o praniu, rachunkach, ani bolących plecach. To też może być kop energii ;)

      Usuń
  11. Może i rację masz. Może pod nazwą spotkanie człowiek by się tak nie spinał? Może podczas takich spotkań własnie bez ciśnienia rodzi się coś, co usilnie poszukiwane podczas randek gdzieś chowa się między tym prężeniem muskuł i trzepotaniem rzęsami?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to zależy też od tego jak kto podchodzi do spotkań tego typu? Jedni potrzebują silnych wrażeń, a inni wolą powolne nasiąkanie i taką przyjaźń od kuchni ;)

      Usuń
  12. Uwielbiałam te emocje towarzyszące zakochaniu się. Teraz podobne zdarzają się jedynie podczas... cichych dni 🙃.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, najpierw się pokłócić, żeby później się pogodzić? 🧐 Jest to jakaś opcja 😜

      A te motylki są super 🤩

      Usuń
  13. No powiem Ci kochana, że dla mnie obecnie randkowanie wcale nie jest łatwe. Może to kwestia wieku, pandemii, sama nie wiem czego. Ale odkąd wróciłam na rynek matrymonialny, miałam raptem tylko jedno spotkanie. Na szczęście szukam radości z życia na innych polach, więc nie rozpaczam 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, złapałam się na tym, że randki są prostsze, kiedy człowiek się nie napina i korzysta z różnych form poznawania ludzi. Czy to przez neta, znajomych, zajęcia "pozalekcyjne" - raczej chodzi o wyjście do drugiego człowieka, niż o zakładanie, że pif-paf i będziemy w związku. Fakt, to czy się jest samemu, czy z kimś w żaden sposób nie decyduje o tym, czy będziemy wieść szczęśliwe i spełnione życie. Chodzi mi tylko o to, że po zdrapaniu wyobrażeń typu "musimy wpaść na siebie przypadkiem, bo połączyło nas przeznaczenie" to trochę łatwiej jest podejść do tematu ;)

      Usuń
  14. nigdy nie byłam na takiej randce. Męża poznałam w wieku 17 lat, ale obserwując to, co się dzieje widzę, że związki dwojga ludzi idą z zupełnie obcym kierunku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jak nie miałaś 2 randki? 😜 Od razu wiedziałaś, że tylko on i żaden inny? To by było mega romantyczne 💜

      Usuń
  15. Temat randek jest ciekawy, jednak sama miłość z internetu istnieje fakt można kogoś poznać spotkać się mile spędzić razem czas jednak ja wolę zdecydowanie poznawać ludzi w realnym świecie :)

    PS. Świetnie piszesz, tak płynnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) a co do realu - pewnie, że na żywo to zupełnie inny klimat, ale nie każdy ma możliwość spotkania w prawdziwym świecie. Wiesz ilu biednych programistów siedzi w swoim męskim świecie? Albo nauczycielki: 99 kobiet i jeden wuefista ;)

      Usuń
  16. Randka to jednak duże słowo, trochę zaczarowane.
    Myślę, że warto je czasem odczarować.
    Zdecydowanie jestem za spotkaniem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przynajmniej na początku ;) później już mogą być randki pełną gębą ;)

      Usuń
  17. ja swojego męża poznałam na Tinderze:) od pierwszego napisania zaiskrzyło i tak samo na pierwszym spotkaniu wiedziałam, że to ten. Także nie ma recepty na to kiedy ktoś pozna tego właściwego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale fajnie 🤩 jestem wielką fanką historii miłosnych :) wszędzie można się poznać, ważne tylko żeby tego nie przegapić ;)

      Usuń
  18. Ciekawe, jakby (jak by?) to było teraz randkować. Wydaje mi się, że miałabym o wiele większe wymagania, a na pewno kilka konkretnych :) A niektórzy radzą z wiekiem obniżać wymagania ;)

    Niespecjalnie pamiętam swoje randkowanie, ale chyba się denerwowałam. Pamiętam za to denerwowanie się z czasów liceum, ale to była Wielka Kilkuletnia Miłość ;D Na randce z nim pewnie nie przełknęłabym nawet kropelki wody, soku czy czegokolwiek. Może i dobrze, że do żadnej nie doszło, bo byłam zbyt nieśmiała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się wydaje, że z wiekiem wymagania rosną. W końcu lepiej znamy siebie i wiemy już co nam pasuje, a co nie - i to za żadne skarby świata ;)

      Usuń
  19. Już prawie nie pamiętam pierwszych randek z moim mężem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc może czas na pierwszą po latach? Może to nowa przestrzeń, bo przecież czas też nas zmienia. Kto wie, czy nie zakochacie się w sobie jeszcze mocniej niż kiedyś? Bardzo wam tego życzę :)

      Usuń
  20. Ech, i jak tu żyć... Samemu być źle, a szukanie kogoś "do pary" to niesłychanie komplikowana sprawa... :) Notabene dodam, że PODOBNO w Japonii (podkreślam to "podobno", bo tylko o tym słyszałam) ludzie już w ogóle przestają randkować. Zrobiono też jakieś badania, z których wynika, że w ogóle współcześni ludzie drastycznie rzadziej chodzą na randki w porównaniu na przykład z latami 60. czy 70. Więc może lepiej się cieszyć z tych problemów schadzkowo-związkowych, zanim staniemy się społeczeństwem samotników, siedzących wieczorami przed komputerem i zaspokajających swoje potrzeby bliskości jakimiś dziwnymi sposobami. Jak to się - podobno - dzieje w tejże Japonii... Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, zdecydowanie wolę polskie problemy związkowe niż np.: japońskie lalki... Tak mi się przypomniał odcinek "Kobiety na krańcu świata" - Senji Nakajima ma żonę i dzieci, ale jego "partnerką" jest lalka Megumi. Szacuje się, że "związkach" z lalkami pozostaje około 20 000 Japończyków. To dopiero dramat, kiedy bliskości szuka się w przedmiocie, a nie w człowieku...

      Usuń
  21. Ach, za półtora tygodnia wyjeżdżamy na kilka dni, mam zamiar odpoczywać, nie myśleć o obowiązkach i randkować z mężem (bo już nie pamiętam, co to randka)! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki! Obyście mieli piękny wspólny czas 💚

      Usuń
  22. Bardzo ciekawe opowiadanie :) Były randki, z których cichaczem znikałam, bo czar zbyt szybko prysnął, były też randki spontaniczne, bardzo miło wspominane :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobało :) a randki... Kurczę, dla mnie to tak fajny temat, że chętnie posłuchałabym o tych cudownych :) i o tych niewypałach też :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Depresja

Ostatnio wspomniałam mimochodem o depresji i poczułam, że jednak temat nie został wyczerpany. Ok, ok, nie został nawet porządnie dotknięty, ale właściwie dobrze wpisuje się to w stany depresyjne. Człowiek w depresji jest właśnie taki wylogowany - niby go coś dotyka, ale w skali od 1 do 10, mniej więcej na 0,3.  Nie będę udawać, że jestem ekspertem w tej materii. Mogę wam jedynie opowiedzieć o niej z perspektywy człowieka, który nie raz się z nią zetknął: z daleka, z bliska i bardzo bliska. Fachowej literatury jest na ten temat mnóstwo, coraz więcej mówi się o problemach psychicznych. Odczarowujemy mit, że jak człowiek ma "problem z głową" to znaczy, że jest niebezpiecznym świrem. Mama, babcia, siostra, córka, żona, przyjaciółka, przyjaciel, mąż, syn, brat, dziadek, tata - każdy z nich może zostać dotknięty tą chorobą. Bo przede wszystkim musimy pamiętać właśnie o tym: depresja jest chorobą. Stereotypowo zakładamy, że chory będzie kiwał się w kącie. Że zasłony będą zaciągnięte

Bestiariusz: Wyobrażenia

Czy może być coś piękniejszego niż wyobraźnia, która nieustannie pcha nas do przodu? Wyszliśmy z jaskiń, bo ktoś kiedyś wymyślił szałas. Zbudowaliśmy rakiety, bo chcieliśmy dotknąć gwiazd. Przestałyśmy nosić krynoliny, bo naszym praprababciom przyśnił się świat bez gorsetów. Również tych mentalnych. Karmimy zmysły sztuką. Wzruszamy się przy muzyce, z napięciem czekamy na zakończenie filmu. Ozdabiamy nasze otoczenie i ciągle pragniemy czegoś więcej. Dzięki sile wyobraźni jesteśmy w stanie zmieniać świat, obalać dyktatury, zmieniać sposób myślenia. Marzenia unoszą nas ze sfery przyziemnych obowiązków i obiecują, że będzie lepiej. To kraina, do której zawsze mamy dostęp. Tylko czasem można się w niej zgubić. *** Każda z nas poczułaby w sobie szpileczkę nieuzasadnionej zazdrości, gdyby okazało się, że chłopak ma przyjaciółkę. I to jeszcze taką, która kiedyś mu się podobała. Może i znają się od lat, może i są dla siebie totalnie aseksualni, ale przecież zawsze jest jakieś ALE. Bo niby co w

Niewidzialni ludzie

Jedyne o czym mogłam myśleć w drodze do pracy to to, że potwornie bolą mnie cycki. Serio, jakbym mogła to bym je odczepiła i założyła, jak przestaną boleć. To jest jakaś masakra: jak nie piersi, to woda zatrzymuje się w organizmie, jak nie to, to brzuch zarzyna... Okres przed, po i w trakcie.  Czasem zazdroszczę tym kobietom, które nie mają żadnych dolegliwości. A przecież nikt nas nie zwalnia z obowiązków: boli czy nie boli, przekrwiony odwłok zaczyna żyć własnym życiem, ale dzieci trzeba zaprowadzić do przedszkola. Trzeba wysłać szefowi raport, poprowadzić lekcje, kupić płyn do płukania i ostać swoje w kolejce do rzeźnika. Nikt nam nie wypisuje usprawiedliwienia z powodu naszej fizjologii. A szkoda. W wielu zawodach kobiety ciągle zarabiają mniej niż mężczyźni. Mówią, że jesteśmy mniej wydajne, mamy swoje humory, chimery, hormony i cholera wie co jeszcze. Osobiście nie zauważyłam różnic intelektualnych pomiędzy płciami. Między konkretnymi ludźmi to tak, ale płeć nie miała żadnego zna

Piołun i miód

Mam znajomą czarownicę, u której ciężko wypić Liptona z cytryną, ale bez problemu uraczy człowieka naparem z większości korzeni, kwiatów i ziół polskich. Powiedz tylko, że ostatnio pobolewały cię nerki, a już w kubku będzie się parzył rdest ptasi, liść brzozy albo kłącze perzu. Zacisnął cię żołądek? Ależ proszę, oto rozkurczowy rumianek, doprawiony odrobiną mięty. I tak dalej, i tak dalej. *** Wiele osób uważa, że zioła są śmierdzące, paskudne w smaku i ogólnie ble, ale to zależy od konkretnej mieszanki. Jedyne co jest całkowicie nie do przejścia to piołun. Obiektywnie bardzo pożyteczna roślina: bakteriobójcza, przeciwzapalna, przeciwskurczowa. Kłopot w tym, że bardzo gorzka. Tak jak niektóre słowa. Wierzę, że ludzie są z natury dobrzy. Że u naszych podstaw leży zawsze pragnienie szczęścia, światła, pokoju i radości. Że chcemy tego co dobre i piękne nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Czasem tylko to chcenie nijak się ma do naszego zachowania. Ile głupich błędów popełniamy w roz

Piękno

Kojarzycie ten „prześmieszny” dowcip: dlaczego chude laski myślą, że są pulchne; pulchne, że są grube; a grube, że mogą nosić legginsy? No, to skoro beczka śmiechu przestała się kręcić, śpieszę z odpowiedzią: otóż, bo mogą. Bo czasem to jedyne spodnie, które wchodzą na nogi. Bo są wygodne. Bo przy całej różnorodności fasonów, nie zawsze da się znaleźć taki, który odpowiada. No i dlatego, że jednak uczucia estetyczne osób trzecich nie są tak ważne, jak osobisty komfort. Otyłość jest problemem przede wszystkim zdrowotnym, szczególnie gdy utrudnia normalne funkcjonowanie. Jednak ogromnym problemem jest definiowanie ludzi na podstawie ich wyglądu. Jedna jest za gruba, druga za chuda. Ta może nosić mini, ale już tamta powinna zakrywać każdy fragment skóry. Tu wielki nos, tam krzywy zgryz. I żeby nie wiem jak bardzo człowiek był odporny, to takie komentarze ranią. Mam wrażenie, że sukcesywnie niszczymy piękno. Prawdziwe piękno, a nie jego namiastkę sprowadzoną do wyglądu zewnętrznego.