Pierwszy dzień po końcu świata
Piękny dzień dziś miałam. Po pierwsze: mamy w pracy nowy ekspres do kawy. Taki, który robi mleczną piankę w 3 stopniach spieniania. Moc można ustawić. Sam się płucze. A co najważniejsze - napój nie śmierdzi mokrym psem. Doceniajmy małe rzeczy. Po drugie: byłam dziś piękna, jak bogini. No dobra, może odrobinę przesadzam, ale po pierwsze chciało mi się zamaskować cienie pod oczami, a po drugie wytrzymałam cały dzień na obcasach. Mam takie cudne, różowe szpilki. Właściwie to nie jest róż, tylko wściekła fuksja. Stópka mi się w nich robi zgrabna, jak Kopciuszkowi na balu. Tylko ja przytomnie nie siedzę w robocie do północy. A nie, wróć! Wczoraj siedziałam. Miałam dyżur, ważny projekt itd., itd. – i mam dzień wolny do odebrania. Czy to nie jest wspaniałe? Dla mnie jest. Wracając jednak do mojego samozachwytu: ile radości daje świadomość, że jest całkiem dobrze. Może i znalazłam pierwsze siwe włosy, ale – kurczę – lubię siebie. Miałam jednak dość długą przeprawę sama ze sobą, nim doszłam...