Wszystko zostaje w stodole
Pamiętam moje pierwsze wesele. Nie to, że moje-moje, ale pierwsze na którym byłam. Miałam jakieś 4 lata, a ciocia wychodziła za mąż. W pamięci utkwiły mi dwie rzeczy: torty w kształcie jeży i polonez w figurami. To był pierwszy i jedyny raz, kiedy widziałam ciasta z kolcami ze startej czekolady i noskami z winogron. Jednak to polonez tańczony przez setkę ludzi zrobił na mnie największe wrażenie. Może dlatego, że miałam mniej niż metr i wszystko wydawało mi się o wiele większe i bardziej kolorowe niż w rzeczywistości. Pamiętam, że tancerze rozchodzili się na boki i tworzyli mosty, a ja biegłam pod szpalerem z ich uniesionych rąk. Drugie przyjęcie weselne zaliczyłam przy okazji ślubu kolejnej cioci. Było urocze, kameralne i leciała na nim świetna muzyka. Panna Młoda miała luźną suknię z bolerkiem w drobne stokrotki i promieniała szczęściem. Pamiętam śmiech nowożeńców, ich pierwszy taniec i atmosferę intymności, stworzoną przez rodzinę i przyjaciół. Bywałam później na innych weselach...