Posty

Wyświetlam posty z etykietą czas

Czas nie liczy godzin i lat

Obraz
Na studniówce puścili nam piosenkę Maryli Rodowicz: Ale to już było i nie wróci więcej – I choć tyle się zdarzyło To do przodu wciąż wyrywa głupie serce. Ale to już było, znikło gdzieś za nami – Choć w papierach lat przybyło To naprawdę wciąż jesteśmy tacy sami. Nie ma co, idealny kawałek na twój pierwszy bal w życiu (nie licząc kinderbali ofc). Sto dni, matura, część na studia, część do wojska, część do pracy. Dziecko, drugie dziecko, pies. Składki do ZUS-u i daniny dla banku. Wybieranie kafelek i ulubiony palnik na kuchence, a potem to już tylko gastroskopia, leki na nadciśnienie i wymienianie się numerami do lekarza. Tylko pamiętajcie, wciąż jesteście tacy sami! No dobra, koniec demonizacji – piosenka sama w sobie nie jest zła. Może bliżej mi do Andrzeja Rybińskiego, by śpiewać, że „odmierzam świat nie używając dat”, ale byłoby potwornie gdybym miała powiedzieć, że jestem taka sama jak wtedy, gdy kończyłam liceum. Tak się cieszę, że jestem już dużo dalej! Uwielbiałam mo...

Rzut na granat

Obraz
Widzieliście kiedyś uśmiechniętego lwa? No dobra, może nie jest to uśmiech sensu stricto, ale rozczula mnie widok grymasu na pysku tego wielkiego kota.  Kocham wszystkie pory roku, ale jesień ma dla mnie szczególny urok. Nie ma nic lepszego niż szuranie butami w opadłych liściach. Już zaliczyłam grzybobranie, herbatę z malinami, dłuuuugi wieczór pod kocykiem. Obłożyłam się książkami z jesienią w tle i chłonę je, jak kania deszcz. Spacer w deszczu też mam zresztą odhaczony. A na pysku mam dokładnie ten sam uśmiech co kocur ze zdjęcia: omniomniom, jak ja nic nie muszę! I nie chodzi o permanentny tumiwisizm, ale o wewnętrzne poczucie, że siła jest we mnie i żaden czynnik zewnętrzny jej nie zaburzy. Wiecie, chodzi o drobiazgi. Chociażby to, że uwielbiam mieć pomalowane paznokcie i zrobione oczy, a piszę te słowa całkowicie sauté. I nie tylko dlatego, że siedzę w domeczku, okutana w gruby sweter. Byłam bez makijażu na spacerze przez pół Warszawy, na poczcie i w kawiarni. Nie muszę dodaw...

Kieszenie pełne kasztanów

Obraz
Hej, ho! Do domu by się szło! Osiem godzin na dupce i od razu jakoś tak człowiekowi miło się robi, kiedy zmusza mięśnie do użytku. Oczywiście w ramach rozsądku i godności osobistej. Bez przesady z tym pilatesem, albo – nie daj Boże – zumbą. Nie dość, że się skacze i poci, to jeszcze trzeba to robić z uśmiechem. Zwyrodnialstwo… Wybiegłam z mojego biura, całego w gustownej szarości, na świat pełen kolorów. A to się liście czerwienią, a to trwa żółci, a to brązowe… nie, jednak to zostawmy. Jednak traf chciał, że prosto pod moje nogi zaczęły spadać kasztany: lśniące, pachnące świeżością. Lubię ten moment, kiedy kolczasta łupinka pęka pod naporem podeszwy. To było niczym podróż w czasie – biegałam od jednego kasztana do drugiego, ładowałam je w kieszenie i czułam się jakbym znalazła skarb. Tak przyjemnie ciążyły w płaszczu, kiedy szłam przez miasto. Jesień wyciąga na wierzch dzieciaka. Są kasztany, są nowe filmy, jest kakao i kocyk. Nadal siedzi we mnie ta dziewczynka, która uważa, że...

Za rok o tej samej porze...

Obraz
...będziesz miała syna. Biblijnie, co? Skojarzenie nie jest przypadkowe, bo to faktycznie cytat z 2 Księgi Królewskiej. Bywa, że przypadkowe słowa zakorzenią się w mózgu i co jakiś czas wracają do nas rykoszetem. Mogą to być fragmenty wierszy, piosenek, strzępki dawnych rozmów. Do mnie te słowa wróciły, bo przypomniało mi się czego pragnęłam rok temu. Nie, nie syna. Ani córki. Jestem z tych dziecioodpornych. Ale w kulturze semickiej sprzed kilkudziesięciu wieków, syn był dla matki spełnieniem marzeń. Był zabezpieczeniem jej bytu na starość, jej obrońcą, głosem na zewnątrz i znakiem wielkiego błogosławieństwa. Każdy z nas ma takie głębokie marzenie, rdzeń wszystkich innych pragnień. Nie zawsze nawet zdajemy sobie sprawę z jego istnienia, bo rozmywa się w dziesiątkach innych zachcianek, pochodnych  tego największego. Ostatniej zimy z zazdrością patrzyłam na ludzi pędzących na randki. Wiecie: światełka, prószący śnieg, romantyczny entourage. Pamiętam, że pomyślałam sobie, że za rok, o...

Pierwszy dzień po końcu świata

Obraz
Piękny dzień dziś miałam. Po pierwsze: mamy w pracy nowy ekspres do kawy. Taki, który robi mleczną piankę w 3 stopniach spieniania. Moc można ustawić. Sam się płucze. A co najważniejsze - napój nie śmierdzi mokrym psem. Doceniajmy małe rzeczy. Po drugie: byłam dziś piękna, jak bogini. No dobra, może odrobinę przesadzam, ale po pierwsze chciało mi się zamaskować cienie pod oczami, a po drugie wytrzymałam cały dzień na obcasach. Mam takie cudne, różowe szpilki. Właściwie to nie jest róż, tylko wściekła fuksja. Stópka mi się w nich robi zgrabna, jak Kopciuszkowi na balu. Tylko ja przytomnie nie siedzę w robocie do północy. A nie, wróć! Wczoraj siedziałam. Miałam dyżur, ważny projekt itd., itd. – i mam dzień wolny do odebrania. Czy to nie jest wspaniałe? Dla mnie jest. Wracając jednak do mojego samozachwytu: ile radości daje świadomość, że jest całkiem dobrze. Może i znalazłam pierwsze siwe włosy, ale – kurczę – lubię siebie. Miałam jednak dość długą przeprawę sama ze sobą, nim doszłam...

Były czasy - nie ma czasów

Obraz
Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Tak mówią. Mówią, ale nie robią, bo ciągle słychać sentymentalne westchnienia, że teraz to upadek obyczajów, zgnilizna moralna, rozpad wartości i ogólnie czasy są złe. A ja powiem z przekorą, że jeszcze nie jest najgorzej.  Może nie ma tak dobrych filmów i muzyki, jak w latach 80., ale nie siejmy defetyzmu. Ogromnie bawi mnie określenie, że "w dzisiejszych czasach" to coś, kiedy brak nam porównania. Bo co tak naprawdę możemy pamiętać sprzed kilku dekad? Dzieciństwo, wiek nastoletni i pierwsze kroki w dorosłości są przeważnie czasem światła. Jeszcze ktoś trzyma parasol - nawet jeśli nie jest to rodzina, to są pewne schematy porządkujące życie. Rano jest szkoła, potem odrabianie lekcji, bajka na dobranoc i trochę czasu wykrojonego na przyjemności dnia codziennego. Tak mi się ładnie zrymowało, ale to był czas kreacji: w poniedziałek zwierzątka z plasteliny, w środę baza z koców, a w piątek wiersze górne i chmurne. Z sentymentem wraca...

Mielony mózg

Obraz
Bynajmniej nie chodzi o ulubione danie Hannibala Lectera. Ale tak mi się wszystko w nim przekotłowało, że tylko dodać bułki tartej, jajko i na patelnię ten móżdżek. Przeładowałam się po prostu. Żeby było zabawniej piszę tego posta w najbardziej luksusowym spa, jakie do tej pory udało mi się odwiedzić. Noc spędziłam z mrożonym okładem na oczy, stópki grzał mi termofor z ciepłą wodą, a pod głową miałam poduszkę napełnioną lawendą. Szampana piłam do śniadania! Zaraz będą mnie nacierać olejkiem o zapachu mandarynki! Czysta dekadencja. To w sumie straszne, że trzeba zapłacić spory hajs za luksus nicnierobienia i bezkarny urlop do powinności. Chyba większości z nas nie wychodzi nic z mądrości: "Kurz leży - poleżę i ja". A jak nawet się położę, to z takim poczuciem winy, że za karę wymyślę porządki w szafach, albo coś równie ambitnego.  A wiecie co nas tak nakręca? Wielopokoleniowy łańcuch zachowań. Zróbcie szybki rachunek sumienia i odpowiedzcie sobie szczerze dla kogo rzucone mimo...

Miłość ze smartfona: Druga randka

Obraz
Łatwo jest iść na randkę. No dobra, może nie aż tak łatwo, ale też nie aż tak trudno jakby się mogło wydawać. Niektórzy mają jaja i nie boją się zaproponować spotkania. Ja nie mam i się boję, więc szanuję tym bardziej. Ale dla tych mniej odważnych są szybkie randki ze small talkiem po 3 minuty na łebka, albo wyjścia grupowe z zaprzyjaźnionymi parami. Może nie jest to schadzka sensu stricte, ale jednak jakiś ruch w tej materii się robi. Jednak zdecydowanie trudniejsza jest randka numer dwa. *** Pierwsza randka to zawsze niewiadoma. Rozbiera człowiek na czynniki pierwsze to gdzie pójdziemy i jak to logistycznie ogarnąć. Bo jak do knajpki to szpilki mogą być, ale jak później będzie spacer to nogi odpadną. Jak buty na płaskiej podeszwie to odpada sukienka. Bluzka z dekoltem czy bez? Jasna czy ciemna? Czy czerwona szminka trąci desperacją czy jeszcze wpisuje się w klasykę? Tyle pytań, tak mało czasu, a i tak nie ma się w co ubrać.  Potem boli brzuch, bo jednak chce się dobrze wypaść, na...

Luksus

Obraz
Jestem kobietą luksusową i drogą w utrzymaniu. Wiem, bo sama sobie płacę za kosmetyczkę i udział w kulturze. O ile jednak bilety do kina da się ogarnąć po promocji, skorzystać z darmowych wejść do muzeów i obejrzeć spektakl w ramach wejściówki, o tyle prawdziwy luksus jest trudniejszy do zdobycia. A jest nim czas. W dawnych czasach łatwo było zdefiniować człowieka sukcesu: wykształcony i bogaty. A dziś? Dyplomem może pochwalić się coraz więcej osób, a jednak w żaden sposób nie przekłada się to na rzeczywistą wiedzę. Brutalna prawda jest taka, że połowa nie powinna skończyć studiów. Po pierwsze dlatego, że robią to dla papierka. Ślizgają się po najmniej wymagającym kierunku i zaraz po obronie zapominają co studiowali. Zakuć, zdać, zapomnieć: żelazna zasada trzech Z.  Po drugie dlatego, że w ogóle nie wiedzą po co studiują. Nie dlatego że ich temat pasjonuje, ani dlatego, że wymyślili sobie jakąś ścieżkę zawodową i ją konsekwentnie realizują. Raczej dlatego, że wszyscy szli, to i oni...

Miłość ze smartfona: Roman i Julita

Obraz
Rzecz nie działa nie w Italii, ale na Włochach. Warszawskich Włochach. Wiecie: miasto-ogród, parki, stawy Koziorożca, kilka dość obskurnych bloków i - żeby nie było tak świetliście - Willa Jasny Dom. Dla niewtajemniczonych w meandry historii najnowszej powiem, że to dawna sowiecka katownia. Na murach ciągle są inskrypcje, które wykonali więźniowie, głównie byli żołnierze AK. To właśnie tam, w najmniej romantycznych okolicznościach świata, spotkali się Roman i Julita. A potem były już tylko trupy. *** Roman lubił nosić włosy na żel, Julita za to puszczała je na wiatr. Podczas gdy ona miała tysiąc pomysłów na minutę, jego hobby sprowadzało się do spania. Julka lubiła ludzi, Romek lubił jak mu się nie pałętali po obejściu. Altruistka i egocentryk, marzyciel i pragmatyczka. Capuleti i Montecchi. Dwa światy, które połączyła miłość do historii. A później było jak w dramacie Szekspira: błysk, blask, grom z nieba i ślub szybszy niż przeliterowanie imienia Merkucjo. Biegali wspólnie na rekons...

Przystanek Deszcz

Obraz
Utknęłam w metrze. Nie w tunelu, na stacji. Jest taka ściana wody, że nawet nie ma co ryzykować wyjścia. Niby się nie rozpuszczę, ale średnio uśmiecha mi się kariera Miss Mokrego Podkoszulka (i pozostałych części garderoby). I wiecie co? Wspólne nieszczęście jednak łączy ludzi. Już się tu zawiązują komitety kolejkowe, pojawiają się uspokajające okrzyki, że przecież mamy czas . Ludzie bawią się w głuchy telefon: Czy jeszcze pada? Czy przestaje? Drodzy Państwo, nadjeżdża autobus. Ktoś delikatnie puszcza muzyczkę i to nawet całkiem przyjemną dla ucha. Jakoś tak miło się zrobiło. W normalnych warunkach biegniemy, byle szybciej. Autobus ten, bo następny za 5 minut. Sprint do kasy samoobsługowej, bo nie chcemy tracić czasu w ogonku. Nawet smsy piszemy skrótowo, kolekcjonując sekundy, które byśmy stracili na wpisanie kilku liter więcej.   A tu, w obliczu żywiołu, jesteśmy wszyscy jak te kwiaty lotosu. Chill, zen i półuśmiech na wargach. No dobra, może w jakiś sposób delikatny półuśmiech ...

Nowy tydzień, stara ja

Obraz
Jako człowiek lubiący porządek, mam tendencję do planowania ważnych kroków w moim życiu. Takich na przykład ćwiczeń, albo zakuwania angielskich słówek. A od kiedy najlepiej zaczynać? Od pierwszego! Tylko jeśli wpadnę na pomysł w połowie miesiąca to przez drugie pół cały zapał zdąży się ulotnić. Dobrą opcją jest więc zaczynanie od początku tygodnia. Nie wiem jak wygląda to u was, ale my w pracy mamy specjalną playlistę na wdrożenie po weekendzie. Jest krótka, ale treściwa: osiem godzin zapętlamy motyw z "Nie lubię poniedziałku". Pomaga! Zostaje więc mityczne jutro. Legenda głosi, że ktoś kiedyś faktycznie tam dotarł. Ja co się obudzę, to ciągle mam dzisiaj. *** Nie chodzi nawet o to, że odwlekam w czasie rzeczy nieprzyjemne czy trudne, ale w ogóle dużo rzeczy sobie odpuszczam. Na przykład walkę z cellulitem. Uczciwie wklepywałam kremy, robiłam masaże, nie jadłam śmieciowego żarcia, aż tu pewnego dnia przeczytałam, że to nic innego jak drugo- czy trzeciorzędna cecha płciowa. Ba...