To nie jest kraj dla młodych wróżek

Buuuu......! Skasowało mi się! Samo! Albo nie zapisałam...

No dobra, historia jest prosta, jak odczytanie hieroglifów za pomocą słownika z Rosetty. Trust me, z kamieniem z Roswell byłoby znacznie trudniej. Ostatnio tyle się dzieje wokół mnie, że czuję się, jak tkaczka, próbująca złapać wszystkie wątki i osnowy. Rozgrzebałam kilka postów i tak sobie skrobałam, nie mogąc skończyć żadnej sensownej myśli. Mózg puchł, wraz z nim kolejne treści, dygresja poganiała dygresję, a sens logiczny gubił się niczym dziecko na festynie. Niby każdy powinien wiedzieć, że albo pójdzie po lody, albo na dmuchańce, albo do automatu z gumowymi glutami za 2 złote, ale jednak lekki niepokój zostaje.

Ten post miał być piękny – i był, bo zostały mi tylko ostateczne szlify, aż wszystko trafił szlag, gdy zapomniałam zapisać zmiany. Chciałam opowiedzieć Wam o tym, co przecież sami wiecie: że wcale nie jest łatwo pomykać przez świat w brokatowych pantofelkach i sukience z płatków róż. Pogoda nie zawsze sprzyja, krach gospodarczy zawsze odbiera siłę, tak samo jak polityczne zawirowania albo jakaś inna niewiadoma, dziwnie przypominająca oślizgłe macki ze Stranger things. I chrust się o ten tiul zaczepia...

Tak naprawdę myślę jednak, że największą krzywdę robi nam wypaczony obraz dorastania. To nie tak, że możemy być przekorni tylko wtedy, gdy dzieci są na obozie 200 kilometrów od domu. Nie ma dekretu mówiącego o tym, że poranek trzeba zaczynać od półlitrowego kubasa niechęci do świata. Mam czasem wrażenie, że zbyt łatwo przychodzi nam ocenianie, marudzenie i wchodzenie w buty tych wszystkich, którzy denerwowali nas w przeszłości.

Wiecie co pamiętam z dzieciństwa? Kolorowe włosy syrenek i czarodziejek. Do tej pory mam słabość do fioletowych pasemek, a jednak mam gdzieś w głowie hamulec, że może nie powinnam? A przecież zawsze wkurzały mnie teksty „bo tak się robi”, „bo tak już jest” i moje ulubione: „jak dorośniesz, to zrozumiesz”. Widać jeszcze nie dorosłam, bo niewiele rozumiem, a jeśli przez przypadek pojęłam reguły, to i tak je radośnie olewam. 

Tak jest z tym ciągłym narzekaniem, ale niby czemu mam narzekać?

Nie stać mnie na zakup mieszkania. Nie spotkałam ostatnio żadnego faceta, przy którym mózg zalałaby mi przyjemna mieszanka endorfin. Nawet moje ciało gra w przeciwnej drużynie. Tylko czy to jest powód do załamki? Do spadku formy, do jakiejś chwilowej chandry – być może. 

Ale jednocześnie wiem, że pod blokiem kwitną chabry. Znalazłam uroczy film. Znajoma podzieliła się przepisem na pomidory zapiekane z bobem i czuję, że to będzie niezła uczta – zwłaszcza z dodatkiem mięty i fety. Mam wokół siebie kilka osób, które biorą na klatę to, że od pół godziny nie umiem wybrać miedzy wegańskim ramenem a frytkami z batatów.

Wszystkim nam wpada od czasu do czasu kamyk do buta i zaczyna uwierać. Jedni usiłują go wytrząsnąć odtańczając przy okazji jakiś dziwny układ, inni siadają na poboczu, rozwiązują sznurówki i pozbywają się problemu, a jeszcze inni wędrują z nim przez życie utyskując przy każdym kroku. Te kamyki bywają różne – mają większy i mniejszy kaliber, ostre lub obłe krawędzie, ale niezależnie od tego i tak straszliwie wkurzają.

Życie jest dziwne: jednym rzuca kłody pod nogi, a w tym samym czasie w drugim pokoju tapetuje ściany pianką, żeby nikt sobie przypadkiem guza nie nabił. Takie małe szpilki zazdrości pojawiają się, gdy chcąc-nie chcąc porównujemy etapy na jakich jesteśmy. 

Tylko żeby nie wiem co, nikt z nas nie idzie dokładnie tą samą drogą. Wszyscy wspinamy się na górę, ale każdy z nas podąża własnym szlakiem. Widzimy się, radzimy gdzie postawić nogę i w razie potrzeby ratujemy energetycznym batonikiem, ale nie widzimy w pełni tej ścieżki. Zresztą, nawet ze swoją miewamy problemy. 

Myślę, że nie da się rady być radosnym, jak prosię w deszcz 24 godziny na dobę. Nie jest łatwo promieniować non stop życzliwym blaskiem i wyrozumiałością. Nawet ten brokat ze skrzydełek sypie się czasem jakiś taki przykurzony. Ale żeby nie wiem jaka była ulewa, jak duże straty na węglu, jak drogi cukier, pamiętajcie, że ciągle mamy młode serca. I czasem zamiast pogrążać się w tym co robią ludzie, warto samemu odwrócić kartę.

Cudna, prawda? Kocham street art :) Fot. Nika



Komentarze

  1. Staram się chwytać pozytywne wibracje, obrazy, dźwięki, dostrzegam punkty dogodne do marudzenia, ale przeciągam je na stronę uśmiechu. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak najlepiej ✌️💚

      Usuń
    2. Mam podobnie 🙂 Wiadomo, że czasem życie rzuca większe lub mniejsze kłody pod nogi, czasami ma się zły dzień czy po prostu zły humor, ale umiejętność doceniania w takich chwilach tego, co się ma, i szukania małych radości - jest szalenie ważna

      Usuń
    3. Heh, jak rzuca kłody - zbuduj schody. Maksyma Chyłki zawsze w cenie ;)

      Usuń
  2. Nie da się być radosnym przez cały czas, ale warto chwytać jak najwięcej takich chwil.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A gdy człowiek nauczy się je wyłapywać to nagle okazuje się, że jest ich całkiem sporo;)

      Usuń
    2. To też racja, więc warto działać w tym kierunku.

      Usuń
  3. O tak, serce się nie ma starzeje :) Zawsze szukam czegoś miłego w trudnych chwilach, świetny post :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam. Już tęskniłam za tymi tekstami. Urok życia to te fiolety we włosach, te poszarpane tiulowe sukienki, ten uśmiech na twarzy, ta łza w oku, to rozgoryczenie do świata, to tęsknota za bratnią duszą. To wszystkie udane i nietrafione czary młodych, dojrzałuch i starych wróżek. Najpiękniejsze jest to, że dalej się chce. Chce się wspinać pod ową górę. Oczywiście że własnymi ścieżkami, ale miło jest mieć komu się skłonić na szlaku. Miło jest też poczytać obraz duszy przelany na bloga. Szczególnie takiej ogarniętej i wyważonej wróżki. MK

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ❤️❤️❤️ ale mi miło 😊 i masz rację: ta wróżka może być i młoda i stara, ważne żeby pamiętała o tym, że tkwi w niej magia 😉

      Usuń
  5. Cieszmy się z małych rzeczy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo szybko odchodzą i robią miejsce na nowe 😉 jak na przykład moje sobotnie śniadanie o 13. Wiesz jak dawno nie jadłam tostów? 😂😜

      Usuń
    2. Ja też wieki temu jadłam tosty, musze sobie tak kiedy dzień zacząć i sie nim cieszyć...

      Usuń
  6. Ale przecież zmiany zapisują się na bieżąco!
    Nie da się wiecznie być wesołym , a szczęśliwym się tylko bywa.
    Oby widok chabrów wygrał z narzekaniem na brak faceta...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaaak, jeśli klikniesz w odpowiednim momencie "Zapisz zmiany"😜 jakoś mnie to pokonało ostatnio.

      A wiesz, mam wrażenie, że u mnie jest odwrotnie: częściej jestem szczęśliwa niż wesoła. Szczęście jest jakoś mocniej zakorzenione we mnie. I to niezależnie od ewentualnych braków czy nadmiarów 😜

      Usuń
  7. Autorka wmojejszafie.pl27 lipca, 2022 21:53

    Każdy podąża własną ścieżką... to ostatnio moja mantra!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jakie to bywa czasem ciężkie do przyjęcia...

      Usuń
  8. Napisałaś to wszystko z taką lekkością, a jednocześnie poruszyłaś tak trudne tematy. Podziwiam za umiejętność ubrania w słowa myśli, uczuć i przeczyć. Poza tym mam wrażenie, jakby 3/4 tego wpisu było o mnie haha :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam sytuacje, kiedy gdzieś przeczytane czy zasłyszane zdanie jest odpowiedzią na to co się dzieje w moim życiu, dlatego tym bardziej jest mi miło, że odnajdujesz się w tym tekście :)

      Usuń
  9. W rozpaczy pogrążać się nie warto, ale mały szlag trafia jak się ten post (czy też rozdział z pisanej książki skasuje) :P. Najważniejsze myślę to znaleźć w życiu taką równowagę, żeby umieć zaakceptować złe chwile, pozwolić sobie na smutek, czy złość, ale jednocześnie mieć świadomość, że to minie i czekają nas również dobre chwile.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda to, ale czasem ten zen i nirwanę osiągnąć jest strasznie trudno :D Na szczęście zawsze można na pocieszenie napchać się popcornem i obejrzeć po raz setny "Dirty dancing" :)

      Usuń

Prześlij komentarz