Dama

Wielka dama tańczy sama? Być może – czasem świadome wybranie własnego towarzystwa jest luksusem. A luksus pasuje do damy, prawda? Z drugiej strony: „żadna dama nie będzie tańczyć sama, gdy sióstr tyle ma”. To też ma w sobie cząstkę prawdy. Bez innych ludzi nie byłoby damy. Może trzymałaby proste plecy i jadła srebrnym widelczykiem banany na bezludnej wyspie, ale ostatecznie byłaby tylko kobietą. Aż kobietą. Człowiekiem. Istotą ludzką postawioną sam na sam ze sobą, naturą i Absolutem.

Anna Jantar śpiewała o smutku, zachowaniu klasy wobec przeciwności, ale też o pewnym rodzaju dumnej, zimnej maski, niepozwalającej wyjść z roli. Jakby zdjęcie gorsetu miało pozwolić się rozsypać. Czasem tak jest: kurczowo trzymamy się tego, co znane, nawet jeśli nam nie służy. Każdy doskonale wie, gdzie tkwi jego zaklinowana kotwica.

Moja suknia leżała w szafie ponad trzy lata. Upolowałam ją na wyprzedaży w Operze Narodowej. To nie jest strój, w którym idzie się do warzywniaka. To raczej kaprys, spełnienie dziecięcego marzenia, by założyć piękną suknię i przeistoczyć się w księżniczkę.

Jako mała dziewczynka wierzyłam, że to wystarczy: wsunę na nogi szpilki mamy i będę dokładnie jak ona; założę okulary babci i zmienię się w babcię. I wiecie co? Nie wyszło. W lusterku wciąż widziałam małą Nikę w za dużych butach, okularach spadających z nosa i z ustami krzywo pomalowanymi szminką. A byłam święcie przekonana, że to tak działa: strój = postać.

Teraz jestem dorosła i mam moją piękną szarą suknię z białym kołnierzem, halką i gorsetem. Mój historyczno-artystyczny kostium, który założyłam tylko po to, by zrobić sesję zdjęciową. I powiem wam w sekrecie, że założenie butów w tym stroju jest prawdziwym wyzwaniem… Ale co tam – jestem księżniczką!

Nie, nie przeniosłam się do świata baśni. Nie poślubiłam księcia i nie ma żadnych cudownie odnalezionych dokumentów potwierdzających moje prawo do zamku i tytułu. Chlip, chlip.

Jestem księżniczką mentalnie. Suwerenną władczynią swojej przestrzeni. Damą, której nie trzeba ratować z opresji. To cudownie otwiera głowę.

Masz czas – nie wiadomo, czy dzień, czy jeszcze osiemdziesiąt lat. Weź go i nadaj mu sens. Nie każdy władca żył w dobrobycie. Były wojny, zarazy, spiski pałacowe. Nie każda królowa miała rajskie życie. Ślub w dzieciństwie, ciąża co roku, przeciągi w zamku. A jednak każdy rzeźbi w tym, co ma.

Możesz mieć więc królestwo zaatakowane przez kurz i sterty prania, ze straszliwym smokiem deadline'u dyszącym ci w kark, z poddanymi strajkującymi na każdym kroku i z cholernie zmęczoną królową. Ale weź ten dzień, który masz, i znajdź w nim chociaż jeden okruch piękna. W kwiatku, w uśmiechu, w smaku kawy. Pielęgnuj wdzięczność za to co masz i siej to dobre ziarno na potęgę. Obiecuję, że z czasem dni będą miały więcej koloru. Nie pojawi się wróżka z odkurzaczem ani rycerz z plikiem Excela na odsiecz. No dobra… czasem się pojawiają, ale z reguły trzeba ogarniać swój cyrk samemu.

Ta odpowiedzialność za siebie, za postrzeganie świata i zmienianie go na lepsze, choćby w maleńkim zakresie, daje poczucie sprawczości. To buduje siłę i wiarę we własne możliwości. A gdy już to masz, nie potrzebujesz ani sukni, ani korony – i tak rządzisz!


Photo by Nika


Komentarze

  1. Bycie suwerenną władczynią swojego życia – z całym jego chaosem, praniem i deadline'ami – to prawdziwa korona. Dziękuję za ten okruch piękna i dawkę mądrej motywacji na dziś!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Niewidzialni ludzie

Luksus

W szponach Paszczaka