Ten z pandami i księżniczką z Ryanaira
---
To była jedna z moich zeszłorocznych podróży. Wpis o Malcie traktuję jak pamiętnik, więc czas na kolejny wpis.
18 sierpnia 2025
O 3.00, spakowana w torbę podręczną, bo po co przepłacać za nadbagaż, skakałam jak króliczek Duracella, czekając na Jo. Spóźnioną, jak zwykle. W normalnych warunkach nawet bym się nie zdenerwowała, ale hello! Przygoda wzywa! Kto by pomyślał, że w środku nocy policjantom zachce się robić kontrolę? Gaśnica, trójkąt, apteczka i Jo rusza dalej. A potem z pełnym impetem wpada w wertepy, bo akurat asfalt wymieniali. Ja tymczasem zaliczam nerwowo trzecie kółeczko wokół osiedla. Wreszcie jest! Przesiadka w samochód nr 2 i lecimy na Okęcie. Dobrze, że o tej porze nie ma korków. Na lotnisku standardowy zestaw: tablica – gate – kontrola bezpieczeństwa – łazienka – napełnić butelkę wodą – kawa na rozruch – jeszcze raz łazienka – ustawić się w kolejce przed gate’em i na zmianę iść do łazienki na ostatni sik przed lotem.
Jeszcze nie dołączyłam do klubu Użytkowników Podniebnych Toalet. Mam taką niepokojącą wizję, że akurat wtedy wpadniemy w największe turbulencje...
Jak przystało na osoby oszczędne, nie tylko wzięłyśmy bagaż, który łatwo wtłoczyć pod fotel, ale olałyśmy też wybór miejsc. Niech się dzieje wola nieba! I tak się zadziało, że dzielił nas raptem jeden rząd foteli. Co więcej, ktoś nie przyjechał, więc ze środkowego miejsca mogłam przenieść się pod okno i obserwować, jak wschodzące słońce złoci chmury. Jo tymczasem co chwilę dostawała w łokieć, gdy kolejne odważne osoby podążały w stronę WC.
„Oczywiście, księżniczka jak zawsze w wersji premium” – rzuciła Jo, gdy samolot wylądował. Reakcja pasażerów na to była ciut nieadekwatna... „Gdzie? Gdzie? Gdzie?” – tryb surykatki na prerii odpalony i szukanie Kate Middleton. W Ryanairze. Powodzenia.
A gdy już wylądowałyśmy... zaraz, zaraz, czy wspominałam, gdzie w ogóle Was zabieram? Otóż do Królestwa Danii! Księżniczkowo, co?
Kopenhaskie lotnisko jest wielkie. Najpierw idziesz, idziesz, idziesz, wreszcie spotykasz pierwszych ludzi i z części dla tanich linii lotniczych wkraczasz na teren Właściwego Lotniska. Takiego ze sklepami, jadłodajniami, kolorami i tłumem. Dość duży kontrast z częścią widmo dla ubogich i skąpych, gdzie dominuje szarość przeplatana szarością. Nawet schody ruchome nie działały.
A teraz czas na pierwszą polecajkę: Copenhagen Card to podstawa. Dzięki niej zaoszczędzicie masę pieniędzy na transporcie i wejściach do różnych atrakcji. Nie martwcie się, zdążycie wydać wszystkie wymienione euro. To drogi kraj, ale przyjazny turystom. Aplikację Copenhagen Card ściągnąć możecie już w Polsce, co więcej, jest dostępna po polsku i w 7 innych wersjach językowych. Nie ma innej opcji, tylko zakup elektroniczny. Kiedyś były fizyczne karty, ale to już pieśń przeszłości. Zdecydowanie bardziej polecam wersję Discover niż Hop – o szczegółach możecie poczytać tutaj.
Dojazd z lotniska do centrum był prosty, wystarczy wsiąść w metro. Jedna z linii w ogóle jeździ w kółko, co jest świetnym rozwiązaniem dla wszystkich gap, które mogą się zgubić. Mogłyśmy więc jechać prosto do hotelu, zostawić bagaże i iść w miasto, ale... pandy!
Tak, w kopenhaskim ZOO żyją pandy! To tak pocieszne misie-tulisie, że po prostu musiałyśmy je zobaczyć. A że najaktywniejsze są rano, to z tobołami pojechałyśmy prosto do kuzynów Po. Równo o czasie brama rozsunęła swe podwoje i weszłyśmy do ogrodu zoologicznego. My, inni wariaci potrzebujący fotki biało-czarnego Azjaty i rodziny z małymi dziećmi, które też pewnie były na nogach od kilku godzin. Lwy, tygrysy, niedźwiedzie polarne, stado różowych flamingów, pusty wybieg pand... wreszcie się pojawiły. Mao Sun (samiec) i Xing Er (samica) – ciężko powiedzieć, które było które, bo oba miśki raczej nieruchawe. Jeden majestatycznie siedział i zajadał bambus, a drugi przewalał się po podeście i drapał po puchatej dupci. Jak to jest poranna aktywność, to nic dziwnego, że to zagrożony gatunek. W sumie po filmikach z Azji dziwię się, że jeszcze nie wyginęły. Natura musi mieć do nich słabość, to takie łamagi... Ale fajnie było zobaczyć je na żywo. Show skradła jednak ara – cała czarna. Coś przepięknego. Aż by się chciało jakiejś fantastyki z silną, mroczną postacią kobiecą i jej pupilkiem. Ta papuga w locie to był po prostu czarny diament. Nie zapominajmy też o diabłach tasmańskich. Jak one wyją!
A po ZOO poszłyśmy na kremówki. Nie, wróć, na bułeczki z ciasta duńskiego – takie ni drożdżowe, ni francuskie. Z cynamonem, kardamonem, z owocami. Dostępne w każdej kawiarni. To było nasze codzienne śniadanie przez 4 dni. Trochę z głupoty.
![]() |
| Dobre, ale nie codziennie :) |
Zamawiając hotel, miałyśmy do wyboru opcję ze śniadaniem lub bez. Wybrałyśmy bez, bo po pierwsze taniej, a po drugie nie po to jedziemy do Danii, żeby jeść śniadania kontynentalne. Otóż nie – po pierwsze, wyszło na to samo, bo kawa z bułeczką kosztowała tyle samo co hotelowe śniadanie, które dałoby paliwo na większą część dnia. No i w pewnym momencie nie mogłam patrzeć na słodkie.
Spałyśmy w fajnym hotelu tuż obok nabrzeża, a jednocześnie rzut beretem od dworca głównego Kobenhavn, dzięki czemu łatwo było rozplanować zwiedzanie. Zameldować mogłyśmy się dopiero popołudniu, ale po zostawieniu bagaży w przechowalni pobiegłyśmy zwiedzać dalej. Tego dnia gwoździem programu był Rosenborg.
Czy Rosenborg mnie zachwycił? A czy słońce jest gwiazdą? Cudne arrasy, sztukaterie, inkrustowane meble, obrazy, kurzołapki z diamentów i złota – jest co podziwiać. Zwłaszcza w sali tronowej, gdzie tronów pilnują 3 srebrne lwy, wykorzystywane do tej pory podczas ważnych królewskich wydarzeń. Ogromne wrażenie robi też skarbiec: prócz koron i miecza koronacyjnego znajdują się tam 4 komplety biżuterii, które może nosić wyłącznie urzędująca królowa i tylko na terenie Danii. Czy się tam śliniłam? Być może.
19 sierpnia 2025
Następnego dnia przyszedł czas na Frederiksborg – najpiękniejszy zamek, jaki widziałam do tej pory. Znajduje się w Hillerød, jakieś 40 km od Kopenhagi. Pojechałyśmy tam pociągiem – Copenhagen Card znów się przydała. Po półgodzinnej jeździe wysiadłyśmy na stacji, a stamtąd pieszo poszłyśmy do zamku. Droga wiodła przez miasteczko, które bardzo przypominało mi Mielno – stragany z mydłem i powidłem, lody, pizze, kapcie, rzeźba z mewami i ławicą śledzi. Nadbałtycki sznyt.
Na Frederiksborg warto zarezerwować sobie cały dzień. To ogromna budowla, otoczona przez piękne francuskie ogrody i ogólnodostępny park w stylu angielskim. W 1859 r. zamek strawił pożar, ale już rok później ruszył remont, trwający prawie 25 lat. Co ciekawe, zamkowy kościół został prawie nietknięty przez płomienie. To właśnie tam, przez niemal 200 lat, koronowano duńskich władców. Obecnie jest kaplicą orderów rycerskich: Orderu Słonia i Orderu Dannebroga. Robi wrażenie. Ciekawym doświadczeniem jest szukanie poloników wśród kawalerów orderów.
Monumentalna sala balowa też robi wrażenie, podobnie jak zdobione sufity kolejnych pomieszczeń. Miałam niezłą zabawę z szukaniem na portretach zestawów biżuterii ze skarbca w Rosenborgu i tworzenia memów. Niektóre obrazy aż się o to prosiły.
Zamek otaczają fantastyczne ogrody i park. Park, jak park, powiecie. Otóż nie – to nie tylko drzewa i wymuskane trawniki, ale życie. Obok pięknego zamku ludzie uprawiają jogging i nordic walking, bawią się z psami, siedzą z książkami na ławkach. Niedaleko, na ogrodzonym boisku, dzieci trenują piłkę nożną. To nie jest niedostępne zamczysko ani zatrzymane w czasie muzeum. To kawałek codzienności Duńczyków i to właśnie jest takie urocze. Królewskość i zwyczajność splecione w jedną tkankę.
Po powrocie do Kopenhagi stwierdziłyśmy, że musimy odwiedzić Syrenkę. Wydała mi się smutna i mizerna, ale w bajce Andersena wcale nie żyła długo i szczęśliwie. Wolę naszą Sawę z wyciągniętym mieczem i tarczą. O wiele większe wrażenie robi Gefion, albo Gefiona.
To postać z mitologii nordyckiej, dwórka Frigg – żony Odyna. Była piękna i nie stroniła od uciech cielesnych, trochę na przekór temu, że opiekowała się dziewicami. Gdy plemię Asów (tak, tak: Odyn, Thor, Loki i spółka) zaczęło się rozrastać, Odyn rozkazał Gryfionie skombinować trochę ziemi od króla Szwecji. A że była piękna i niezwykle utalentowana w dziedzinie, której jej podopieczne nie znały, zachwycony król postanowił dać jej tyle ziemi, ile zdoła zaorać w ciągu 1 nocy. Liczył pewnie na to, że kochanka weźmie parę koni, zaorze morgę czy dwie, ogarnie chatę, zasadzi malwy pod płotem i radośnie będzie mu tam rodzić dzieci. Nope. Gryfiona wykorzystała swój drugi atut – boskie moce. Najpierw uwiodła olbrzyma, potem urodziła 4 dorodnych synów, zamieniła ich w woły i pługiem odcięła kawał królestwa Szwecji. Tak, podobno to wciąż ta sama noc. A potem, poganiając synów, wciąż w postaci wołów, ciągnęła ląd w stronę Danii. Niestety, był za duży i utknął w cieśninie (teraz to nawet dwie cieśniny), a dziś nosi nazwę Zelandii.
Kopenhaga leży na Zelandii, największej z 443 duńskich wysp. Pomnik Gefiony po prostu musiał tam stanąć.
Od Kastellet – XVII-wiecznej twierdzy w kształcie gwiazdy – szłyśmy nabrzeżem aż do Amalienborg – siedziby króla. Strzegą jej wartownicy w wielkich futrzanych czapach, ale w przeciwieństwie do Anglików noszą granatowe mundury.
Na sam koniec dotarłyśmy na Nyhavn – to ta słynna portowa uliczka z kolorowymi kamieniczkami. Wiecie, że to dawne burdele, prawda? Obecnie to jedno z nielicznych miejsc w Danii, które nie zamyka się o 17:00!
Swoją drogą ta sieciówka ratowała nam życie. Ich sklepy są na każdym kroku, niczym polskie Żabki. Co więcej – mają tam automaty do kawy! Kawa rano, w południe i wieczorem też. Liczyłam na możliwość chlupnięcia sobie czegoś ciepłego wieczorem w hotelu, ale o ile łóżka były cudownie miękkie, łazienka luksusowa, a metraż więcej niż zadowalający, o tyle czajnik nie jest w Danii czymś, co można uznać za podstawowe wyposażenie pokoju. Taki mały szok kulturowy. Polska naprawdę winduje standardy.
Kopenhaga jest mniejsza od Warszawy i czuje się to, że na ulicy jest mniej ludzi. Gros z nich porusza się na rowerach i to też ogólnie przekłada się na poczucie większego spowolnienia.
20 sierpnia 2025
Ten dzień zaczęłam od wizyty w Glyptotece. Jak wskazuje nazwa, rzeźby grają tam główną rolę. Jest bogaty dział starożytnej rzeźby greckiej, rzymskiej i bliskowschodniej, kolekcja egipska i znacznie młodsze zbiory francuskie (w tym Rodin) i duńskie. Jest też trochę obrazów Van Gogha, Gauguina, Degasa, Pissarra, Moneta. Takimi wisienkami na torcie są kawiarnia na dachu i oranżeria, stanowiąca centralny punkt Glyptoteki. BTW, wiecie, kto ją ufundował? Carlsberg. Tak, ten od piwa. Był nie tylko browarnikiem, ale prawdziwym mecenasem sztuki i kolekcjonerem. Podoba mi się to dawne spojrzenie na świat: mam wiele, więc dzielę się ze społeczeństwem.
Po porannej dawce sztuki przyszedł czas na rejsik. Oczywiście w ramach Copenhagen Card. To już brzmi jak lokowanie produktu, ale naprawdę to świetna opcja. Płaskodenna barka zabrała nas na rejs, anglojęzyczna przewodniczka opowiadała ciekawostki o mijanych zabytkach, a mnie najbardziej zdumiewał luz Duńczyków na nabrzeżu. Albo ludzi-fok. Ewidentnie mają morze we krwi.
Wyobraźcie sobie taką scenę: ludzie na ręcznikach opalają się przed domkami, po wodzie suną motorówki i barki z turystami, jest raczej gęsto. I nagle wstaje dziewczyna, bierze rozpęd i efektowną śrubą skacze do wody. Tak! Pomiędzy te łódki z silnikiem. Ja mało zawału nie dostałam, a Duńczycy na brzegu radośnie biją brawo.
Albo idziemy sobie nabrzeżem, po prawo budynki, po lewo woda, niebo nad nami, chodnik pod stopami. Wtem dwoje dzieci w wieku wczesnoszkolnym zrzuca ciuchy, dziewczynka skacze na bombę, chłopiec bardziej zachowawczo zbliża się do krawędzi, a dwie plotkujące matki jeszcze go pośpieszają. W Polsce taki numer by nie przeszedł. Raz, że szlam, niebezpieczeństwo, głębokość, MOTORÓWKI, a dwa, że jednak u nas dzieci trzyma się krócej. Może dlatego, że nie jesteśmy potomkami Wikingów w linii prostej i jednak nie każdy widział morze.
Dobra, rejs rejsem, ale ten dzień się jeszcze nie skończył. Mówiłam Wam, że lubię Hamleta? Otóż lubię. Widziałam 4 różne wersje i kilka wariacji na temat, musiałam więc zobaczyć Elsynor. Teraz nosi nazwę Helsingør, ale popularniejszą nazwą jest po prostu „zamek Hamleta”. Z zewnątrz? O wow, klękajcie narody. Nie będzie Fortynbras pluł nam w twarz. Mury grube, szare. Nie ma tu lekkości Frederiksborgu czy ciepełka Rosenborgu. Jest mocny sygnał dominacji i armata wymierzona w Szwecję. Dokładnie w oddalony o 4 km Helsingborg, do którego co chwilę kursuje prom. Nie popłynęłam i żałuję. Wnętrze zamku nie zrobiło na mnie wrażenia. Jest znacznie starsze i bardziej ponure. Może atmosfera też robi swoje, bo w XVIII w. zamek przekształcono w więzienie, a później koszary.
Podróż z Kopenhagi do Helsingør trwa niecałą godzinę. W drugą stronę też. Mogłoby się wydawać, że po tylu atrakcjach powinnyśmy paść w objęcia Morfeusza, ale to nie nasze pierwsze rodeo.
Kobenhavn – wspomniany już dworzec główny – jest nieźle zorganizowany i opisany, ale pozostaje dworcem. Pociągi, sklepy z kanapkami i prasą, pośpiech. Za to naprzeciwko: bajkowy świat ogrodów Tivoli. Jeśli chcecie znów poczuć się jak dzieci w wesołym miasteczku, wpiszcie to jako punkt obowiązkowy.
Te olbrzymie ogrody z kolejkami, karuzelami, przestrzeniami artystycznymi i budkami z jedzeniem to drugi najstarszy park rozrywki na świecie (otwarty 15 sierpnia 1843 r.). Pierwszy też jest dziełem Duńczyków. Podobno ogrody Tivoli były inspiracją dla stworzenia Disneylandu. Oba parki łączy wspólne motto – nigdy nie zostaną w pełni ukończone, a przynajmniej póki istnieje wyobraźnia. Bawiłam się cudownie, mimo tego, że nie zjechałam żadną kolejką – wystarczyły mi piski, jakie słyszałam. Można tam zgubić się na cały dzień, ale polecam późne popołudnie lub zmierzch, gdy włączają się kolorowe lampeczki, tworząc niesamowity efekt.
---
Po rozczarowującym sklepie z LEGO, ostatniej cynamonce i podróży przez lotnisko znowu zapięłyśmy z Jo pasy w Ryanairze. Półtorej godziny później byłyśmy już w Warszawie, idealnie w godzinach szczytu.
Czy bym tam wróciła? Tak, bez wahania. Jest jeszcze tyle miejsc, których nie zdążyłam zobaczyć.






























.jpg)






























Komentarze
Prześlij komentarz