Dotyk
Jak to jest: „touch” to dotyk, „in touch” – w kontakcie. Czy żeby być w kontakcie, potrzeba dotyku?
Jestem przekonana, że tak.
Może nawet niekoniecznie fizycznego, ale dla prawdziwej relacji potrzebujemy mentalnego mizianka. Niech rozmowa dotyka umysłu, duszy czy emocji, jeśli nie możemy ofiarować swojej realnej obecności. Zresztą, czym jest realizm?
Czasem wystarczy po prostu być obok, siedzieć w ciszy, przytulić, potrzymać za rękę – i to buduje więź. Ale można też być oddalonym o tysiące kilometrów, ba, można nawet nie znać swoich głosów i twarzy, a i tak mieć poczucie bliskości dzięki rozmowie, która dotyka głębszych warstw. Można też siedzieć na jednej kanapie i być lata świetlne od siebie.
Nie wiem, jak wam, ale mnie trudno zdobyć się na dotyk. Gdy pozwalam naruszać swoją przestrzeń osobistą, musimy się naprawdę lubić. A kiedy opowiadam o tym, co kryje się w zakamarkach umysłu – no to już przyjaźń. Jaźń przy jaźni. Lubię wymianę myśli, zwłaszcza tych od czapy. Dywagacje o tym, co by było, gdyby, grzebanie w przeszłości i wizjach przyszłości. Co więcej – ja tego naprawdę potrzebuję. Jakościowych rozmów, choćby i na błahy temat, ale angażujących na tyle, że poznajemy się nawzajem coraz bardziej.
Dla wielu osób to chyba najtrudniejsza część relacji – być tak blisko, by pozwolić się dotknąć, a jednocześnie wziąć odpowiedzialność za dotknięcie – lub jego brak – drugiego człowieka. Cisza też mówi. Czasem o wiele głośniej niż słowa. Łatwiej zagadać ją banałem, niż pozwolić, by nas obnażyła.
Nie będę udawać, że wiem, co siedzi w czyjejś głowie. Jednych hamuje strach, innych duma, jeszcze inni są tak zablokowani przez traumy albo po prostu jeszcze nie czują się na siłach. To zrozumiałe, na wszystko jest czas. Ważne, by czasem spróbować.
Podobno w szczęśliwych związkach ludzie stają się jak małe dzieci – wygłupiają się, przychodzą ze swoimi emocjami na wierzchu, pokazują się prawdziwi i bez osłon. Na zewnątrz wypada trzymać fason, ale w domu wszystkie osłony opadają. Przynajmniej tak definiuję zdrowy dom – jako miejsce prawdziwego odpoczynku.
Myślę jednak, że to nie dotyczy tylko związków romantycznych. Jasne, te są dla wielu z nas najciekawsze – najłatwiej też je zaobserwować, bo rodzą się i dojrzewają w czasie. A przecież gardę można opuścić i przy przyjaciołach, i przy rodzicach, rodzeństwie czy ukochanej cioci. Przy ludziach, którym się ufa, których dopuszcza się na tyle blisko, by… mogli nas dotknąć. To często ludzie wypróbowani, ci, którzy przez lata byli obok, służyli wsparciem i radą. Ci, którzy nabili nam mentalnego siniaka i noszą blizny po naszych słowach. Nie jesteśmy idealni, ale możemy być nieidealni razem.
Szczęśliwe rodziny to te, w których niezależnie od wieku dzieci znajdą pomoc u rodziców, rodzice u dzieci, a rodzeństwo u siebie nawzajem. Gdy imiona ich członków cisną się same na usta, kiedy każą nam wymienić ważne osoby. Tak mało, a zarazem tak dużo. Wcale nie znam wielu naprawdę szczęśliwych rodzin. Owszem – trochę ich jest, ale nie tak dużo, jak mi się wydawało. Częstsze są relacje szczątkowe i skłócone obozy, które tylko czasami zasiadają razem przy wspólnym stole.
Dobrzy przyjaciele to ci, którzy mówią prosto w oczy prawdę, nawet niewygodną. Którzy wolą zaryzykować gniew drugiego, niż patrzeć, jak pędzi w otchłań. Takie relacje nie rodzą się w tydzień. To wymaga czasu i świadomej bliskości. Opowieści, odsłonięcia się, wystawienia na ryzyko oceny – bo ludzie nie osądzają nas tak często i tak surowo, jak my sami siebie.
„To mnie dotknęło” rzadko ma pozytywny wydźwięk. Najczęściej wiąże się z urażoną dumą. Ktoś podszedł zbyt blisko i zranił – świadomie, bo wiedział, gdzie kopnąć, albo nieświadomie. I to czasem boli jeszcze bardziej, że osoba tak bliska jest jednocześnie tak obca i nie wie, co jest dla nas istotne.
Ale dotknąć, a nawet chwycić za gardło, może też muzyka, piękny film, widok, dobra książka, przypadkowa rozmowa, napis na murze… Cokolwiek, co pozwala nam samym dotknąć swoich emocji, może traum albo zapomnianych marzeń.
Lubię myśleć o tym jak o wracaniu do siebie. Życie gna i w tym pędzie łatwo stracić z oczu to, co ważne. Mnie ostatnio dotknęła cisza. Zapomniałam, jak to jest, gdy się w niej zanurza. W Warszawie ciągle towarzyszy mi szum – już go nawet nie słyszę, ale kiedy go zabrakło, poczułam się wolna. Jakby opadł jeden ze sznurów, który trzyma mnie przyciśniętą do ziemi. To naprawdę wspaniałe. Drobiazg, który pozornie nic nie znaczy – przecież urlop się skończył i znów jestem otoczona dźwiękami miasta. A jednak ten drobiazg zrobił rysę, która przypomniała mi, że można żyć inaczej. Przez maleńką szparkę w codzienności widzę siebie, jaką jestem gdzieś w środku. Może jeszcze niewyklutą, a może przeciwnie – już przysypaną kurzem, ale prawdziwą.
I tak się tykam – czy wciąż lubię rysować, pisać, chodzić na spacery? Czy są nowe rzeczy, których nie próbowałam, ale spodziewam się, że sprawią mi przyjemność? Czy wciąż nie lubię śledzi? Bo przecież mogło się coś zmienić, czego nawet nie zauważyłam. Trochę przypomina to sprawdzanie ciała po upadku: piszczele – całe, żebra – całe, ręce – całe. Czy ja to ciągle ja? Taka, jaką się pamiętam, czy już inna?
Można więc powiedzieć, że jestem ze sobą w kontakcie. Wreszcie tak, jak powinnam. Dojrzale, z czułością i uwagą. Czego i wam życzę.
![]() |
Photo by Yoann Boyer on Unsplash |

Komentarze
Prześlij komentarz