Posty

Kieszenie pełne kasztanów

Obraz
Hej, ho! Do domu by się szło! Osiem godzin na dupce i od razu jakoś tak człowiekowi miło się robi, kiedy zmusza mięśnie do użytku. Oczywiście w ramach rozsądku i godności osobistej. Bez przesady z tym pilatesem, albo – nie daj Boże – zumbą. Nie dość, że się skacze i poci, to jeszcze trzeba to robić z uśmiechem. Zwyrodnialstwo… Wybiegłam z mojego biura, całego w gustownej szarości, na świat pełen kolorów. A to się liście czerwienią, a to trwa żółci, a to brązowe… nie, jednak to zostawmy. Jednak traf chciał, że prosto pod moje nogi zaczęły spadać kasztany: lśniące, pachnące świeżością. Lubię ten moment, kiedy kolczasta łupinka pęka pod naporem podeszwy. To było niczym podróż w czasie – biegałam od jednego kasztana do drugiego, ładowałam je w kieszenie i czułam się jakbym znalazła skarb. Tak przyjemnie ciążyły w płaszczu, kiedy szłam przez miasto. Jesień wyciąga na wierzch dzieciaka. Są kasztany, są nowe filmy, jest kakao i kocyk. Nadal siedzi we mnie ta dziewczynka, która uważa, że...

Chała!

Obraz
Życie pisze czasem zwariowane scenariusze, ale w moim przypadku robi to często piórem roztrzepania. Wypad do Krakowa był częścią prezentu urodzinowego i jak już wiecie udał się wręcz wyśmienicie. Na fali euforii, że to właśnie ja znalazłam hotel, ogarnęłam bilety na przedstawienie i zaplanowałam trasę wycieczki, postanowiłam dokończyć dzieła i zdobyć sprawność Zajebistej Organizatorki. Tak, kochani, pakowanie zostawcie mnie! I zostawili. A ja zostawiłam w szafie bluzę, spodnie i gustowny t-shirt w leniwce… Na szczęście odesłali mi je w zgrabnej paczuszce i to nawet szybciej niż się spodziewałam. Harcerka ze mnie średnia. Może dlatego, że byłam jedynym dzieckiem w klasie, które nie zapisało się do zuchów. Taka mała buntowniczka, ale ciągle siostra na schwał. Serio! Weszłam w niedostępne dla mnie rejony internetu i czytałam o grach, parametrach, stopniach trudności, grafice i ścieżce dźwiękowej. Dla człowieka, który ogarnia jedynie sapera i pasjansa-pająka to naprawdę wyczyn. Wreszcie u...

Magia

Obraz
Dzieci radośnie pobiegły do szkoły, bo nauczone doświadczeniem wietrzą już nadciągającą zdalną naukę. Strajki, problemy z ogrzaniem budynków czy inny shit. Swoją drogą żeby wytrwać w zawodzie nauczyciela naprawdę trzeba mieć w sobie silne poczucie misji i jakąś poduszkę finansową – osobiście podziwiam i nie ma w tym krztyny przesady. Co nie zmienia faktu, że wakacje się skończyły, a ja wreszcie mogłam otrąbić coś, na co czekałam bardzo długo: urlop! Wiem, wstęp miałam niczym Mickiewicz przed rozpoczęciem akcji na Litwie, ale po prostu muszę podzielić się z Wami radością, która we mnie musuje niczym cola z mentosami. To dopiero 6 dzień wolności, a ja zdążyłam już zaliczyć trochę kultury, magii i facepalmu, ale po kolei. Po pierwsze – byłam w Krakowie. Nie pierwszy raz, ale wciąż na nowo daję się oczarowywać temu miastu królów, maczet i smogu. Smogu nie było i w oddali majaczyły szczyty gór. Przez chwilę nawet pomyślałam, że romantycznie byłoby zdobywać skałki i młodą piersią chłonąć...

Zmroziło

Obraz
– Zmroziło. – Chyba pogrzało – mruknęłam. 30 stopni w cieniu, a ją mrozi. Leżałyśmy z X w Łazienkach rozkoszując się początkiem weekendu. Wiecie: zapach koniczyny, chłodek i pewność, że rozkładając koc nie natrafisz na psie guano. – Zdecydowanie mnie zmroziło – X nie dawała za wygraną. – Znalazłam Remka na Tinderze. – Jakiego Remka?   Przyjaźnimy się, pożyczam jej sweter i torebkę, angażuję się w postpaszczakowe traumy, ale przecież nie mogę znać każdego speca od IT w jej firmie. To nawet nie jest moja firma. – Nika! Skup się! – X pstryknęła mi palcami nad głową. Niechętnie otworzyłam oczy. – Remek. Zmroziło. Nic w dyni nie dzwoni? – Pokaż! Być może wydałam z siebie dziwny pisk, ale przypominam, że to Łazienki, w których pawie drą się na niebotycznych częstotliwościach. A przynajmniej taka jest moja linia obrony, Wysoki Sądzie. Faktycznie – znam tę twarz. Facet, który wie, że rozmiar ma znaczenie i dobra książka musi mieć objętość hipopotamicy w ciąży. A i technikę ma...

W szponach Paszczaka

Obraz
–  Dzień dobry kochani, życie jest do bani. To powinni mówić w radiu, a nie jakieś pierdololo, że szkoda dnia. Snu mi szkoda  – X smętnie zaparzyła się w swoją kawę. Gorzką, jak jej nastrój. W sumie nawet się jej nie dziwię: do urlopu jeszcze daleko, a widać, że leci na oparach. Chyba, że to w ramach solidarności z samochodem, którego boi się tankować. Muszę przyznać, że niezmiernie podziwiam rzadki dar X, jakim jest dostrzeganie wszystkich odcieni czerni. Jej wewnętrzne dziecko nazywa się Addams. Wednesday Addams. Poza tym ma serce na dłoni, nóż w szufladzie i jest jedną z najzabawniejszych osób jakie znam.  – W iesz co jest w tym wszystkim najgorsze? ON mnie zaczął kojarzyć! I to nie tylko jako nazwisko pod raportem. Z twarzy mnie kojarzy! Pięknie... X nie czuje, że rymuje, a to oznacza, że wchodzi w fazę przeżywania ponadnormatywnego. A to w połączeniu z ciężkim dowcipem może przynieść uszczerbek na zdrowiu. Najpewniej moim. Chociaż tu akurat rozumiem ją w pełni. Żyła ...

Long story short

Obraz
Tę historię można podsumować krótkim… ha! Chcielibyście! Nie ma co przyśpieszać rozwoju wypadków ;) *** Szalejąca inflacja sprawiła, że coraz więcej osób ma trudności, aby związać koniec z końcem. Nie każdy załapie się na wakacje kredytowe i dopłaty do węgla, a jeść przecież trzeba. Dlatego widok staruszków handlujących warzywami z działki, czy wydzierganymi na drutach czapeczkami, mocno chwyta mnie za serce. Tym razem schodząc do metra spotkałam panią, która wystawiła na sprzedaż własne kwiaty i sadzonki. Wśród nich było przepiękne reo: długie liście – ciemnozielone z wierzchu, od spodu fioletowe – naprawdę, bardzo efektowne. Nie mam ręki do kwiatów i obawiam się, że będzie miał u mnie prawdziwą szkołę życia, ale może pofotosyntezuje chociaż trochę. Zresztą już droga do domu nie była łatwa. Uwierzcie mi, jazda w godzinach szczytu z delikatną roślinką i dwiema torbami wymaga iście akrobatycznych zdolności. Pytacie skąd te dwie torby? Jedna standardowa: dokumenty, telefon, szczo...

To nie jest kraj dla młodych wróżek

Obraz
Buuuu......! Skasowało mi się! Samo! Albo nie zapisałam... No dobra, historia jest prosta, jak odczytanie hieroglifów za pomocą słownika z Rosetty. Trust me, z kamieniem z Roswell byłoby znacznie trudniej. Ostatnio tyle się dzieje wokół mnie, że czuję się, jak tkaczka, próbująca złapać wszystkie wątki i osnowy. Rozgrzebałam kilka postów i tak sobie skrobałam, nie mogąc skończyć żadnej sensownej myśli. Mózg puchł, wraz z nim kolejne treści, dygresja poganiała dygresję, a sens logiczny gubił się niczym dziecko na festynie. Niby każdy powinien wiedzieć, że albo pójdzie po lody, albo na dmuchańce, albo do automatu z gumowymi glutami za 2 złote, ale jednak lekki niepokój zostaje. Ten post miał być piękny – i był, bo zostały mi tylko ostateczne szlify, aż wszystko trafił szlag, gdy zapomniałam zapisać zmiany. Chciałam opowiedzieć Wam o tym, co przecież sami wiecie: że wcale nie jest łatwo pomykać przez świat w brokatowych pantofelkach i sukience z płatków róż. Pogoda nie zawsze sprzyja, krac...